Kiedy pisałam His Obsession, wiedziałam, że nie będzie to lekka opowieść. Że nie będzie „ładna” ani „grzeczna”. Wiedziałam też, że czytelnik nie będzie mógł się w niej po prostu rozsiąść i odpocząć. Bo ta historia nie daje wytchnienia. Ona uwiera.
To książka o granicach. Tych, które wyznaczamy i których bronimy. Ale też o tych, które inni próbują przesunąć — czasem słowem, czasem spojrzeniem, a czasem działaniem. Granice emocjonalne nie mają przecież barierki ani czerwonego światła. Nie krzyczą „stop”. A jednak są. I kiedy ktoś je narusza, czujemy to natychmiast — instynktownie.
W relacji Kate i Jonathana napięcie jest od początku. Nie jako flirt, nie jako gra, ale jako coś dużo trudniejszego — przeciąganie liny między wolą a obsesją, między wyborem a kontrolą. Ona mówi „nie”. On nie umie usłyszeć. I właśnie na tym konflikcie buduje się cała siła tej historii.
Pisząc, zastanawiałam się często: gdzie kończy się fascynacja, a zaczyna naruszenie? Co odróżnia pragnienie od manipulacji? I czy można współczuć komuś, kto przekracza granice — wiedząc, że sam nigdy nie zaznał miłości, która niczego nie wymaga?
Nie podaję w tej książce łatwych odpowiedzi. Nie chcę. Ale stawiam pytania. I wierzę, że są czytelnicy, którzy nie boją się ich zadać razem ze mną.
Bo His Obsession nie jest historią o zakochaniu. To opowieść o tym, jak niepozorne spojrzenie może uruchomić lawinę. I o tym, że czasem najtrudniejsze „nie” to to, które trzeba powtórzyć sto razy – nawet jeśli serce bije szybciej.
